Mar: – Wiesz jak jest – musimy wyciągnąć jak najwięcej kasy od tego pieprzonego rządu. Ja, co prawda, nigdy w życiu nie zapłaciłam jeszcze żadnego podatku, ale już czuję się wychujana.
Pod ambasadą meksykańską.
Rem design.
mKyo: – Ale Olo, wytłumacz mi, jak to jest, kiedy śnią ci się programy graficzne?
Olo: – No, normalnie… śni ci się na przykład, że jesteś jakimś plikiem…
Paweł: – I ktoś cię nagle wyrzuca do kosza!
Olo: – No właśnie. Albo śni ci się, że jesteś ukrytą warstwą w fotoszopie. To jest dopiero masakra bo nie możesz się wydostać spośród innych warstw. No możesz się odnaleźć bo masz nadaną za dużą przezroczystość, czaisz?
[...]
[...]
[...]
You’ve got it.
These streets.
O mamuniu moja jedyna, jestem taka szczęśliwa i takiego mam kaca, że aż nie wiem co napisać i od czego zacząć. Michał mi tu puszcza ładne piosenki z youtuba, a ja mu obieram pieczone kasztany na Wysokich Obcasach i jest mi tak dobrze, że już zapomniałam całkiem o tej koszmarnej podróży, godzinach czekania, spóźnionych samolotach, nieprzespanej nocy i zagubionym bagażu. Nawet przeszła mi już złość za ten skasowany numer, ale, kurwa, aż się nie chce wierzyć w tą jebaną politykę, naprawdę. Zbieram butelki po winie i dopijam resztki, kiedy Michał się kąpie, a jak wraca z łazienki, to mi mówi, że ten prysznic to jest kutas, który na niego sika. I ja mu wierzę na słowo, bo żadnego porównania nie mam przecież, w końcu nikt na mnie nigdy nie szczał. Michał wtrąca zza pleców, że na niego też nie, ale najwidoczniej jego wyobraźnia sięga o wiele dalej, niż moja. A potem świeci mi tymi gwiazdkami przed nosem, a ja robię mu zdjęcia i myślę o tych moich piczach przekochanych, co mi wczoraj opowiadały o swoich romantycznych miłościach, nieszczęśliwych przygodach i namiętnych romansach, i tak strasznie żałuję, że zamiast pić dalej, musiały iść do pracy, i że nie zdążyłam Dzi powiedzieć jak seksownie rano wyglądała, kiedy grzmiała oburzona: czemu tu tak kurwa śmierdzi, znowu się gziliście? O Boże, jak mi Was brakowało, kocham Was w chuj, żebyście wiedzieli.
Stories from the desert.
Piątek: jedziemy do Damaszku odebrać G. z lotniska. Dookoła piasek, jak zawsze, w każdą stronę. Tylko 14 stopni Celsjusza, ale słońce grzeje w plecy tak samo jak w lipcu. Po siedmiu miesiącach pyta co się tak naprawdę stało, że postanowiłam przyjechać. Myślałam, że nie zapyta nigdy. Mówię wszystko, jakbym klęczała w konfesjonale i naprawdę wierzyła w jakieś rozgrzeszenie. Pomijam jednak pewne nieistotne szczegóły, jak to często na spowiedzi bywa. Pytam o jego rzekome kochanki, skoro przyszło nam w końcu rozmawiać jak dorośli ludzie. Płakać mu się chce, choć udaję, że nie patrzę, gdy przygryza wargi. Damaszek cały w wiośnie, wszędzie banany i pomarańcze. Zrywam z drzew dziki pieprz, wyobrażam sobie, że to jarzębina. Samolot opóźniony o godzinę, idziemy na nescafe ma halib. Lotnisko w Damaszku znam już lepiej niż Okęcie. Pełno pielgrzymów wracających z Hadżdż. Czuję się jak na weselu: prezenty, śpiewy, błogosławieństwa. Wstydzę się zrobić zdjęcie dziadkowi, który wita wnuka. Żałuję, bo to z pewnością było by dobre ujęcie. Wieczorem pijemy wino i słuchamy francuskich piosenek w Safirze. Wzrok od palców G. odrywam dopiero wtedy, kiedy na mnie patrzy i oczami prześwietla mi mózg.
Sobota: idziemy wreszcie na śniadanie do Bejrutu. Od dwóch miesięcy próbujemy się tam wybrać, ale dopiero teraz, gdy zostały nam zaledwie chwile, mamy czas na wszystko. Siadamy na dworze, chociaż pada deszcz. Nie mogę uwierzyć, że temperatura od wczoraj się nie zmieniła. Zamawiamy fattee. Ja – z kurczakiem (dadżadż), Obaida – z ciecierzycą (hummus), Tarek – z baranimi kiełbaskami (sahtura). Fattee w Bejrucie to jest niebo w gębie, ale po takim posiłku można zrobić tylko dwie rzeczy – umrzeć albo wypić kamun. Nie mają kamunu, co mnie bardzo cieszy. Nigdy mi to nie wchodziło, podobnie jak sus. Zamawiamy różaną szai ma nana. Już dawno przekonałam się, że nie mamy z chłopcami wspólnych tematów do obgadania. Oni rozmawiają o depilacji brwi, a ja się zastanawiam czy to rzeczywiście możliwe, żeby Ogród Eden znajdował się w Arabii Saudyjskiej. Myślę o tych siedmiu miesiącach i zaczynam rozumieć, że kocham ten kraj tak samo namiętnie, jak nieszczęśliwie. Ale to akurat zawsze szło ze sobą w parze.
Dobrze, że przebukowałam ten bilet, bo byłam już w takim stanie, że poruszyć by mnie mogła nawet Mandaryna. Serio. Gdybym została tu do końca, tak jak to sobie zaplanowałam na początku, z pewnością w którymś momencie przykleiłabym do ściany zdjęcia moich przyjaciół i zaczęła z nimi rozmawiać. Zawsze to bezpieczniejsze niż mówienie do samej siebie. Po tych sześciu miesiącach czuję się jak lalka Barbie. Taka rozkosznie pusta w środku, że można jej głowę przebić kolczykiem. Oczywiście nie przeszkadzało by mi to tak bardzo, gdybym miała także jej nogi. Ale nie mam i świadomość tego, że do końca życia nie nadrobię już tych zaległości lekko mnie niepokoi. Cały czas się zastanawiam dlaczego wciąż jeszcze czuję się odpowiedzialna za swój los, skoro mój los już od dawna nie czuje się odpowiedzialny za mnie. W moim wieku pół roku znaczy bardzo wiele i powinno być krokiem do przodu. A ja czuję, że stanęłam w miejscu, że gniję jak woda w bajorze, że czas tutaj to w ogóle nie jest czas i to w ogóle nie jest życie. Tym razem próba zainwestowania w siebie skończyła się jedynie na tym, że bezustannie rozbijam się o ściany. Nie, żeby to była dla mnie jakaś nowość, ale jak mam się już rozbijać, to wolę przy wódce i wśród ludzi, których kocham.
ArabGirl: – Przepraszam, która godzina?
mKyo: – Nie wiem, nie jestem stąd.









Najnowsze komentarze